Moja Mała Ojczyzna

Jesteś tu: » Strona startowa » Sukcesy naszych uczniów » Moja Mała Ojczyzna

Moja Mała Ojczyzna

W dolnośląskim konkursie literackim "Moja Mała Ojczyzna" w kategorii prozy szkół podstawowych Maciej Kot zdobył II miejsce a Zuzanna Grzybowska wyróżnienie. Gratulujemy!!!

Uczniów przygotowała p. Anna Grzybowska

Maciej Kot

Rodzeństwo

 Historia, którą opiszę, przydarzyła się dwunastoletniemu chłopcu, a on do dziś nie może w to wszystko uwierzyć.
 Tomek jest wysokim, szczupłym, rezolutnym nastolatkiem o długich, czarnych włosach. Chodzi do szóstej klasy. Mieszka wraz z rodzicami w ładnym domu ma przedmieściach Warszawy. Posiadłość jest otoczona pięknym, wręcz idealnie urządzonym ogrodzie. W którym jest miejsce zwane przez rodzinę „samotnią”. Tam właśnie Tomek często przesiaduje i rozmyśla. Jego pasją jest historia. Uwielbia czytać książki i oglądać filmy związane z tą tematyką.  Odkąd zaczął się tym wszystkim interesować marzył o tym, aby być świadkiem jakichś wydarzeń historycznych. Nie przypuszczał nawet, jak szybko spełnią się jego marzenia.
 Jak co dzień poszedł do szkoły. Przechodząc korytarzem spostrzegł dziewczynę, która wydała mu się znajoma. Podszedł do niej, przywitał i zapytał jak się nazywa. Odpowiedział mu, ze ma na imię Agnieszka i jest tu nowa. Tomek zaproponował, że oprowadzi ją po szkole i zapozna z jego znajomymi. Okazało się, że są w tym samym wieku i mają chodzić do jednej klasy. Chłopak przedstawił jej Łukasza, Kubę i Pawła. Cała trójka przyznała, że Tomek i Agnieszka są do siebie bardzo podobni. Po powrocie do domu chłopiec opowiedział o wszystkim rodzicom. Dorośli przybrali dziwne miny, jakby czuli żal, zażenowanie całą sytuacją. Przeprosili go za to, że nie powiedzieli o owej dziewczynie. Okazało się, że to jego bliźniacza siostra, którą pół roku po ich narodzinach zmuszeni byli oddać do domu dziecka, ponieważ utrzymanie dwójki dzieci było dla nich zbyt dużym obciążeniem. Tomek zdenerwował się i wyszedł na podwórko. Ze zdenerwowania nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nigdy nie przypuszczał, że rodzice ukryją przed nim tak ważny fakt. Postanowił pomajsterkować trochę w garażu, do którego nie zaglądał od paru lat. Kiedy tam wszedł, dojrzał w głębi pomieszczenia cos na kształt maszyny. Wsiadł do niej, zaczął wciskać przyciski i nagle maszyna zamknęła się, świat zniknął, a pojawiły się kolorowe światła. Po chwili wehikuł otworzył się, a oczom Tomka ukazało się zupełnie nieznane miejsce. Postanowił sprawdzić, gdzie się znajduje. Przechadzając się ulicami, na witrynie jednego ze sklepów, dostrzegł kalendarz, na którym widniała data: 22 maj 1633 r. Dotarło do niego, że przeniósł się w czasie. Nadal jednak nie wiedział gdzie jest, ponieważ na ulicy nie było nikogo żywego. Co jakiś czas napotykał na zwłoki. Wszedł do bramy budynku, obok którego się znajdował, wszedł na piętro i zapukał do drzwi. Otworzyła mu kobieta, która wyglądała na chorą. Chłopiec przedstawił się, a kobieta zaprosiła go do środka. Była zdziwiona, że Tomek nie wie, w jakim jest mieście, nawet zaczęła się z niego śmiać. Ale po jego minie wywnioskowała, że nie kłamie.
- Jesteś w Neurode chłopcze – powiedziała – ale jeśli możesz, to uciekaj stąd. Tutaj panuje straszna choroba. Ja już chyba też na nią zapadłam. Czuję się coraz gorzej.
- W Neurode? Chwileczkę! Ta nazwa i data... Tak! – przypomniał sobie. Czytał o tych strasznych wydarzeniach w jakiejś książce. Ta choroba to dżuma.
Choroba ta jest przenoszona przez pchły, zarażone po ukąszeniu szczura, wiewiórki czy innego małego ssaka. Objawia się wysoką gorączką, potami, dreszczami, rozszerzeniem naczyń krwionośnych, bólem głowy i znacznym osłabieniem. Postanowił więc pomóc kobiecie. Miał nadzieję, że znajdzie dla niej pomoc i uda się ją uratować.
- Pomogę znaleźć pani lekarza. Ona pani pomoże.
- Nie chłopcze, uciekaj stąd. Dla mnie, tak jak dal tych innych biedaków, którzy umarli, nie ma już ratunku.
- Wykluczone! Nigdzie się stąd nie ruszę! Chcę pani pomóc! To się naprawdę może udać!
- No dobrze. Widzę, że cię nie przekonam.
Kobieta wskazała na miejsce, w którym mieszkał lekarz zajmujący się tą chorobą. W mieszkaniu zastali wysokiego mężczyznę ubranego na czarno.
- Proszę ratować tę kobietę, chyba jest chora na dżumę!
- Szybko! Proszę sobie usiąść! Zostaw nas samych chłopcze.
Tomek bardzo długo czekał przed gabinetem. Wreszcie drzwi się otworzyły i wyszedł lekarz.
- Myślę, że wszystko będzie w porządku. Podałem właściwe leki. Pacjentka zostanie pod moją opieką.
- Bardzo się cieszę. Tylko się pożegnam i uciekam.
Kiedy wracał do wehikułu, przypomniał sobie, że na dżumę w Neurode zmarło wtedy 990 osób. Być może, pomyślał, udało mu się uratować tę kobietę.
Po powrocie do domu zapragnął wrócić tam, ale nie sam. Chciał się tam udać ze swoją siostra. Gdy ją o tym poinformował, była zaskoczona jego opowieściami, ale bardzo chętnie przystała na propozycję brata.
Na drugi dzień spotkali się w garażu. Tym razem obydwoje wsiedli do maszyny. Po chwili niepewności znaleźli się w tej samej miejscowości, którą Tomek odwiedził sam, jednak siedemnaście lat później, czyli w 1650 r. kiedy tylko wysiedli, zauważyli wielki obłok dymu nad kościołem. Pobiegli w tamtą stronę, a ich oczom ukazał się straszny obraz. Paląca się wieża spadała na pobliski budynek. Domy zapalały się jeden po drugim. Wystraszeni ludzie biegali po ulicach krzycząc. Podbiegła do nich kobieta z dzieckiem i błagała ich o zajęcie się maleństwem. Chciała wraz z innymi mieszkańcami ratować resztki dobytku.
- Agnieszka, weź dziecko, a ja pójdę pomóc.
- Dobrze, tylko uważajcie na siebie. Szczególnie ty Tomku, jesteś moim bratem i nie przeżyłabym, gdybym cię straciła.
- Będę uważał – krzyknął i wbiegł za kobietą do budynku.
Po chwili wszyscy wybiegli, ponieważ dom zaczął się walić. Niestety, nie udało się niczego uratować.
 Wrócili do domu smutni i postanowili odszukać wiadomości na temat tych wydarzeń. Doczytali się, że w pożarze spłonęło ponad sześćdziesiąt domów. Zniszczeniu uległy również cenne kościelne księgi.
 W XVII wieku Nowa Ruda przeżywała ciężki okres, a mianowicie epidemię dżumy, pożar miasta, był to także okres wojny trzydziestoletniej, która poczyniła wielkie spustoszenie i grabieże. To wszystko prowadziło do zubożenia ludności, która przymierała głodem. Po tych wydarzeniach w mieście zostało tylko 190 domów z 300, a populacja ludności zmniejszyła się o 40%.

 

Zuzanna Grzybowska

Noworudzka „Zamknięta Księga”

  Dziewczyna jak zwykle przechadzała się ciemnymi uliczkami śpiącego w mroku miasta. Lubiła wychodzić na takie spacery, w środku nocy. Odczuwała wtedy spokój i zaspokajała swoje uczucie tęsknoty za oderwaniem się od szarej codzienności. Chane nienawidziła rzeczywistości, bo ta była okrutna i przy tym codziennie nudna, wiecznie taka sama.
  Wiatr wepchał się między kosmyki jej kruczoczarnych, prostych, długich włosów, które pod jego wpływem zaczęły lekko powiewać. Zatrzymała się. Była pod starym, kamiennym mostem. Lubiła to miejsce w nocy, gdy już nie świeciło żadne światło. Niestety jej brązowe oczy mogły pochłaniać ten nostalgiczny widok w pełni tylko wtedy, gdy w elektrowni była awaria elektryczności. Postanowiła postawić kolejny krok. Chwilę się zawahała. Miała jakieś dziwne wrażenie, że zaraz stanie się coś dziwnego.
  Stuk. Podeszwa jej prawego glana stuknęła o ulicę wyłożoną kostką. Miała rację; Nagle zrobiło się ciemno i jej oczy mogły się cieszyć ukochanym widokiem. Prąd siadł; Chwilę wpatrywała się w jasny, Srebrny Glob.
  Dziewczyna nagle usłyszała tajemnicze dźwięki. Klawisze delikatne niczym śnieg. Lekkie nuty tajemniczości wybrzmiewały w jej głowie.
  Nie wiedząc czemu odwróciła się. Zobaczyła chłopaka otoczonego płomieniami, które jednak nie robiły mu krzywdy. Jego blond włosy były krótkie, lecz nie do końca. Ich kosmyki opadały mu na czoło, uszy, szyję. Oczy miał lekko srebrną barwę, ale przeważał w nich błękit. Był wysoki, na sobie nosił ciemne jeansy i czarną koszulkę z logo ulubionego zespołu.
  Przez krótką chwilę patrzyli na siebie. Chane czuła lekkie deja vu. Już go gdzieś widziała. Gdy przybysz mrugnął, dziewczę przypomniało go sobie. Znała go z widzenia. Chodził do jej szkoły. Na pewno.
 - Chcesz oderwać się od szarej rzeczywistości? - przerwał milczenie przybysz.
 - Hmm? - speszona nie wiedziała co odpowiedzieć.
 - Jestem Marco.
 -...Chane.
 - Wiem.
 Po tych słowach nastała grobowa cisza. Było słychać jedynie szum wiatru. Nagle chłopak zgasił płomienie, na których unosił się w powietrzu. Stwierdził, że to przez nie jego towarzyszka się dziwnie czuła.
 - Chcesz oderwać się od szarej rzeczywistości? - powtórzył.
 - Niby w jaki sposób? - jej oczy zalśniły ciekawością.
 - Ogień to nie moja jedyna nadprzyrodzona moc - wyglądał dalej niewzruszenie. Jego spojrzenie było dziwne; Głębokie, wyrażające jakby zainteresowanie, ogromne skupienie, spokój i nostalgię naraz. Ale Chane zastanawiało jeszcze jedno.
 - Dlaczego akurat ja?
 - Bez powodu. Ale chyba nikt normalny nie przechadza się sam nocą po ciemnym mieście. Może to ten powód? Nie jestem pewien. - jego spojrzenie dalej było takie same.
 - Co zrobisz?
 - Zobaczysz. - chłopak wyszeptał parę słów. Ona nie zrozumiała ich. Mówił je szybko, cicho, ale zarazem harmonijnie.
 - Podaj mi swoją dłoń - poprosił.
  Chane zrobiła, co kazał. Dotknęła swoją zimną ręką dłoń chłopaka.
- Trzymaj się mnie. Pozwól mi cię prowadzić, a będziesz bezpieczna.
  Świat wokół zawirował mieszaniną ciemnych, mrocznych barw. Dominowały fiolety, granaty oraz wyniosłe czernie. Zdarzały się szarości. Dziewczynie lekko zakręciło się w głowie. Ciepły dotyk dłoni Marco jednak powstrzymał ją przed pogrążeniem się w wiecznej nocy.
 - Chodźmy.
 - Ale gdzi... - zanim dokończyła pytanie oglądała oświetlony przez światło słońca kamienny most. Wiatr lekko wprawiał wszystko dookoła w ruch. To samo miejsce, jednak zupełnie inne. Nie było znanych jej sklepowych szyldów, kamienice miały stary wygląd, ale nie były takie zakurzone i zniszczone jak zawsze. Obok niej przechodzili różni ludzie. Ale nie tacy co zwykle. Kolory ich ubrań były raczej stonowane. Przeważały brązy, czernie, szarości.
  Nagle poczuła, że nie trzyma jej żadna ręka. Zauważyła Marco idącego w górę, do rynku.
 - Eee, czekaj! - krzyknęła.
 - Hmm? A, racja, zapomniałem. Zwykle podróżuję sam.
 - No to po coś mnie zabierał? Nawet się nie znamy.
 - Bez powodu. - odwrócił wzrok w typowy dla siebie sposób - Chodź.
  Idąc, Chane przyglądała się wszystkiemu wokół. Niby miasto takie samo będące jednocześnie zupełnie inne. Jakby przeniosła się w odległe czasy bądź alternatywny świat. Nagle pomyślała, że ona i jej towarzysz strasznie wyróżniają się z tłumu. Lecz jednak ludzie nie patrzyli na nich dziwnie.
 - Marco... - postanowiła rozpocząć rozmowę dziewczyna - Mam do ciebie parę pytań.
  Chłopak przystanął.
 - Tak? -odpowiedział i spojrzał na nią swoim chłodnym wzrokiem.
 - To Nowa Ruda z przeszłości, prawda? Po co ja tu jestem? Czemu ci ludzie nie zwracają na nas uwagi? - blondyn spojrzał na nią troszkę dziwnie. "Przynajmniej zmienił wyraz twarzy"- pomyślała. Po chwili jego wzrok znowu stał się "normalny".
 - Tak, dokładnie wiek XVIII. Ludzie? Hmm, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale myślę, że nie widzą czegoś, co ingeruje w ich czas. Z drugiej strony zawsze istoty, z którymi spierałem się w przeszłości mnie widziały, więc można wnioskować, iż tylko ktoś kto posiada nadprzyrodzone moce, może zobaczyć coś, co wmiesza się w jego czasy. A ty? Przecież już mówiłem: bez powodu. - nie zdążył postawić kolejnego kroku. Przystanął na słowa dziewczyny.
 - Myślę, że jednak powód istnieje. - ton jej głosu był bardziej mroczny i straszny. Wątpiący, lekko urzekająco-kuszący, co potęgowało efekt ciemności. Odwrócił się. Jej wzrok był taki sam, jak głos. Za to jego spojrzenie posiadało tym razem małą nutkę zadziwienia. Nigdy by nie pomyślał, że z jego towarzyszki mogłaby bić taka ciemność.
  Marco przypomniał sobie, że dziewczyna zadała pytanie. Pośpiesznie zastanowił się nad odpowiedzią.
 - Możliwe. Nie musisz wiedzieć. - drobny powiew wiatru wplątał się w ich włosy.
  Chwilę później byli na rynku. Wyglądał on zupełnie inaczej. Nie było ratusza, czyli były to czasy jeszcze przed wielkim pożarem. Budynki nie były takie jak w jej czasach, co nawet wychodziło im na dobre. Chane twierdziła, że wyglądały bardziej magicznie. Szczególnie w świetle prawie zachodzącego słońca. No właśnie! Zachód. Zastanawiała się nad tym, czy plan Marco (jakikolwiek by on nie był) jest taki idealny. Nadchodzi noc, chociaż tu na pewno będzie piękniejsza, bo bez prądu, lecz dalej nie znała motywów swojego towarzysza, więc nie myślała o niej zbyt pozytywnie.
 Obeszli rynek i okoliczne uliczki. Nastała noc, a oni dalej czegoś szukali. Tylko czego? To pytanie zadręczało dziewczynę już od ponad godziny.
 Po około 6 godzinach poszukiwań, w trakcie których obeszli prawie całe miasto, blondyn przystanął. Usiadł na pobliskim niskim murze i zaczął wpatrywać się przed siebie zastanawiającym się wzrokiem. Chane usiadła obok niego. Chwilę wpatrywała się w jego zwykle nie wyrażający uczuć wyraz twarzy i chłodne oczy, które po raz pierwszy coś wyrażały - zakłopotanie. Ich piękny, błękitny kolor nagle jakby wyblakł o parę odcieni. Chociaż nie straciły swojego zimna, pokazywały choć trochę uczucia chłopaka, które zwykle chował w sobie. Był smutny i zakłopotany. Bezradny.
 - Marco... - szepnęła, kładąc rękę na jego ramieniu, myśląc, że może trochę go to pokrzepi.
 - Co? - w jego tonie czuć było zdenerwowanie.
 - Czego ty szukasz? Jakie są twoje motywy? C-co...Co ci jest?
 - Ehhh...
 - Skoro już z tobą w tym tkwię, to chyba możesz mi powiedzieć.
  Kontynuował swoje sondowanie otoczenia pustym spojrzeniem. Chane zdjęła dłoń z jego barku. Zaczęła się denerwować. On zaczynał ją denerwować.
  Marco wisiał nad ziemią. Oczy jego wyrażały ogromne zdziwienie. Dziewczę, które uważał za oazę spokoju, potulną niewiastę, właśnie wybuchło. Został wzięty "w krzyżowy ogień pytań".
 -Marco!! Słuchasz ty mnie czy nie!! Masz coś tu ważnego do załatwienia, nie?! To rusz się, a nie siedzisz tu i odstawiasz jakieś dramaty!!! Do jasnej...
 - Dobrze, powiem ci. - Chane puściła blondyna, który opadł delikatnie na ziemię. -Tylko uprzedzam, że to długa historia.
 - Zamieniam się w słuch.
  Po krótkiej chwili chłopak zaczął opowiadać.
 - Otóż w naszym mieście znajduje się Zamknięta Księga. Zawierała ona spisy majątków mieszkańców Nowej Rudy. Ale to nie tylko to. Istnieje legenda, że gdy otworzy się ją na stronie z numerem sześćdziesiąt sześć i przeczyta się od tyłu szóstą linijkę od dołu, wymówi się wtedy zaklęcie przyzywające smoka, który może spełnić jedno życzenie dwóm osobom - jedno osobie przyzywającej, drugie osobie otwierającej księgę.
 - Otwierającej księgę?
 - Jedna osoba musi ją otworzyć, druga przyzwać Velitus.
 - Taa, więc byłam pod ręką i dlatego tu teraz jestem? I mam otworzyć jakąś książkę? Cieszę się. A więc taki był powód.
 - Nie powiedziałem, że to był główny powód. Główny jest zupełnie inny. -odwrócił twarz w drugą stronę, jakby chciał coś ukryć.
 - No dobra. Ale po co ci życzenia jakiegoś smoka?
 - Hmn, wiesz, że mam nadprzyrodzone moce, i to dosyć duże. Dlatego się mną zainteresowały różne magiczne kółka wzajemnej adoracji i takie tam.  To się zdarzyło pięć lat temu. Takie prawdziwe zgromadzenie, nie jakiś klub fanów "Gwiezdnych Wojen" czy coś w ten deseń, przyszło po mnie. No, cóż, nie wyraziłem chęci współpracy. Oni mieli takie poglądy, że ktoś z dużym poziomem many, czyli siły magicznej, poza ich grupą stanowi duże zagrożenie. Otóż przeklęli mnie. Wiesz, kiedyś byłem o wiele silniejszy niż dziś. Klątwa ta pozbawia ludzi ich many. Niby nic by mi się nie stało, ale to też ma drugie dno. Wiesz czemu ludzie nie używają magii? Mają po prostu mało energii, i całą wykorzystują, by żyć. Ja mam jej dużo, ale się powoli wyczerpuje. Cóż, klątwa postępuje, a ja chcę jeszcze trochę pożyć.
 - Rozumiem. Więc chcesz zdjąć zaklęcie... - na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. -Hmm, ciekawe czy i ja posiadam trochę many, poza tą potrzebną do życia...
 -Heh, nie wiem, ale nie każdemu zdolności ujawniają się w tak młodym wieku jak mi.
  Rozmawiali krótką i bardzo ulotną chwilę. Zamilczeli, gdy rozmowa zeszła na temat, gdzie może być Zamknięta Księga. Chane myślała parę minut. Przypomniało się jej jak szli przez miejsce, gdzie w ich czasach jest rynek. Choć ratusza nie było, zamek stał tam, i nawet już wyglądał na dość wiekowy.
 - Bingo. - szepnęła.
 - Hmm?
 - Wiem, gdzie ona może być!
  Po chwili byli już koło dworu. Choć nocą pewnie wyglądałby mrocznie, to był oświetlany przez zorzę wznoszącą się znad sąsiednich wzgórz. Wyglądał może nie bajecznie, lecz swój urok miał.
 - Idziemy. - powiedział blondyn.
 - Jasne.
  Powoli i w ciszy chodzili po niewielkich komnatach. Dzięki zasłoniętym kotarom nie było nic widać, lecz ich oczy były przyzwyczajone do ciemności. Jak przystało na dwór szlachecki, misternie wykonane meble trwały w bogactwie. Okryte drogimi tkaninami sofy, szafy z najlepszego drewna i stoły pokryte były tkanymi obrusami; Ciepłe, duże łoża z miękką pościelą; Na podłodze dywany ze skór zwierząt, na ścianach poroża jeleni; Na meblach stały wykonane ze złota świeczniki z białymi, dużymi świecami. W pomieszczeniach służebnych za to wszystko miało się zupełnie inaczej. Drewniane stoły były, lecz już nie takie drogie. Na kominek, palący się wciąż ciepłym, pomarańczowym ogniem, Marco spojrzał wręcz nostalgicznie, jakby chciał przy nim usiąść, lecz po chwili porzucił ten pomysł. Przy płomieniu na sianie spali służący. Dziewczynka, na oko dwunastolatka, ubrana była w szare szmaty, a obok niej śniło kilku innych, starszych chłopców oraz jedna kobieta. Chane patrzyła na nich z lekkim uśmiechem na ustach.
W pomieszczeniu były ciemne, zakurzone drzwi. Blondyn pchnął je i otworzyły się z skrzypnięciem. Za nimi znajdowały kamienne schody. Marco zapalił ogień na swojej ręce, bo niżej ciemność trwała nieposkromiona. Zeszli po nich powoli. W pomieszczeniu znajdowało się wiele przykrytych ponurymi, granatowymi płótnami skrzyń, mebli i innych niepotrzebnych rzeczy. Ściany były z szarego kamienia, a podłoga była czystą, czerwoną ziemią. Idąc dalej zauważyli, że jeden stół nie był przykryty. Wykonany był on z bukowego drewna, misternie wykończony, na nogach miał wymalowane purpurowe wzory. Leżała na nim księga zręcznie oprawiona skórą i skuta żelazem. Była zamknięta błyszczącą klamrą bez zamka, na której wyrysowane były karmazynowe i zielone, kręte wzory. Nie były one zwykłymi szlaczkami, lecz wypukłe desenie błyszczały, wręcz odbijały światło, mimo iż panowała ciemność. Prawdopodobnie blask pochodził z magii księgi.
 - Jak mam ją otworzyć? - zapytała dziewczyna, gładząc delikatnie karminowe wzory.
 - Myślę, że... - nagle księga otworzyła się sama z siebie, prawdopodobnie z powodu dotyku Chane.
  Marco zaczął przewracać powoli strony księgi, aż w końcu natrafił na stronę z numerem sześćdziesiątym szóstym. Pośpiesznie odszukał potrzebne zdanie i zaczął czytać je od tyłu. Wokół pojawił się purpurowo-wrzosowy dym, a tych samych kolorów była bestia, która się z niego wyłoniła. Velitus był smokiem majestatycznym, a jego oczy barwy wiosennego nieba lśniły. Jego łuski w większości mieniły się wrzosem, lecz mniejszość barwiła się karminem.
 - Jakie jest twoje życzenie? - zapytał dostojnym, basowym głosem.
 - Chciałbym, byś zdjął ze mnie klątwę. - odpowiedział blondyn.
 - Błahostka. - westchnął wielki lewiatan, a jego oczy zaświeciły.
 - A jakie jest twoje życzenie? - skierował się tym razem ku Chane.
 - Moje? Hmm, chyba nie mam.
  Velitus popatrzył się na nią dziwnym wzrokiem. Przechylił głowę, sondując ją wzrokiem.
 - Wyczytałem twoje pragnienie z twojego umysłu. Mogę je spełnić?
  Brunetka kiwnęła głową, choć była lekko przerażona.
 - Żegnajcie. - zadeklamował wrzosowy gad i zniknął w dymie, a księga dyskretnie zatrzasnęła się razem z jego ulotnieniem się. Dziewczyna dalej czuła lekki strach, ale zanikał on powoli, jakby w ciemność, która ją otaczała. Mogłaby się w niej zatracić...Marco chwycił jej rękę.
 - Wracamy? - zapytał, patrząc na nią swoim zimnym spojrzeniem. Gdy kiwnęła głową twierdząco, wkroczyli w granatowo-fioletowy wymiar. A raczej taki Chane spodziewała się zobaczyć. Choć granat został, większość zajmowała śniegowa biel. Wszystko wyglądało niczym najzimniejsza zimowa noc. Lecz nagle jej oczy spotkały się z innymi oczami, posiadającymi więcej tajemnicy od tego zimnego mroku.
  Wtedy znaleźli się w swoim świecie.

Opracowanie: szkolnastrona.pl