Porozmawiaj z babcią, zapytaj dziadka

Jesteś tu: » Strona startowa » Sukcesy naszych uczniów » Porozmawiaj z babcią, zapytaj dziadka

Porozmawiaj z babcią, zapytaj dziadka

W dolnośląskim konkursie "Porozmawiaj z babcią, zapytaj dziadka" zorganizowanym przez Gazetę Wrocławską i Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu wzięła udział Dominka Zembroń z kl. III gimnazjum. Jej praca została wyróżniona i opublikowana w wydaniu powyższej gazety 20 grudnia. Gratulujemy!


 

Praca Dominiki


            Moja babcia mieszkała w małej miejscowości pod Rzeszowem. W domu zawsze czekała na nią jej mama razem z młodszym bratem. Kiedy zaczęła się wojna, miała zaledwie 14 lat. W pierwszym miesiącu wojny nadal przebywała u siebie w rodzinnej miejscowości – chodziła co niedzielę do kościoła razem z innymi dziećmi, tak jak zawsze bawili się razem i spotykali po szkole.

             Jednak pewnego dnia, kiedy wracała ulicą do domu, spotkała starszego pana, który dał jej cukierek i kazał biegiem wracać do rodziców i nie wychodzić wcale z domu. Jednak, kiedy po rozmowie z nieznajomym biegła do domu, zobaczyła jak żołnierze weszli do jakiegoś domu i zabierali wszystkich ludzi, którzy tam przebywali. Nie zdążyła się odwrócić, a jeden z nich już za nią krzyczał. Babcia Maria próbowała uciekać, ale jej się nie udało. Nie zdążyła uciec, złapali ją. Po kilku minutach razem z innymi ludźmi siedziała w aucie, które jechało na stację kolejową. Wsiadła do jednego z wagonów i pojechała, nie wiedząc jeszcze gdzie.

            Po kilku godzinach jazdy pociąg zatrzymał się gdzieś na terenie Niemiec. Żołnierze krzyczeli po niemiecku, ludzie wysiadający z pociągów płakali, był straszny zamęt. Moją babcię przydzielono do pewnej kobiety – nie była żoną żadnego mundurowego, była zwykłą młodą dziewczyną. Kazała babci wsiąść do samochodu i zamknęła za nią drzwi. Po około trzydziestu minutach dojechały na miejsce. Okazało się, że babcia będzie mieszkała u tej kobiety w domu i że będzie opiekowała się jej malutkim synkiem Josefem. Chłopiec miał wtedy niecałe sześć miesięcy, a jego mama na całe dnie wychodziła z domu, a dzieckiem nie miał się kto opiekować.

- Czternastolatka musi mieć jakieś pojęcie o opiece nad dziećmi - mówiła do babci. Moja babcia jeszcze wtedy nie rozumiała, co właściwie się wokół niej działo.

Języka niemieckiego nauczyła się szybko. Już po paru tygodniach zaczęła rozumieć i trochę mówić w, jeszcze niedawno, obcej sobie mowie. U tej kobiety spędziła dwa lata. Przyzwyczaiła się do Josefa i całego tamtejszego otoczenia. Jednak pewnego dnia wszystko się zmieniło. Matka chłopca podczas kolacji oznajmiła babci, że jutro rano ją zabierają od niej i jedzie na gospodarstwo rolne, bo brakuje tam rąk do pracy. Babcia nic nie mówiła, ale w głębi duszy nie chciała jechać. Dobrze jej było u tej kobiety, w dodatku nigdy nie pracowała na gospodarstwie i nie znała, co to taki ciężki wysiłek fizyczny. Postanowiła, że ucieknie. Jeszcze tej samej nocy spakowała walizkę i po cichu, kiedy wszyscy spali, wyszła z domu.

Do miasta nie miała daleko. Rankiem, kiedy zaczęło świtać, była już na stacji kolejowej. Zaczęli się tam zbierać ludzie. Babcia miała plan, że wsiądzie do najszybszego pociągu i pojedzie gdziekolwiek by on jechał, byle tylko nie pracować w gospodarstwie.

Jej plany o mało co nie zostały jednak pokrzyżowane – na stacji zaczepił ją niemiecki żołnierz i zaczął pytać, co tu robi. Babcia udawała, że nie rozumie, co się do niej mówi. Jednak Niemiec zorientował się, że dziewczyna rozumie każde jego słowo. Kazał jej poczekać, ale babcia dalej upierała się, że jedna pani kazała jej tutaj, w tym miejscu, czekać na nią. Żołnierz był uparty, po chwili przyprowadził młodego chłopaka, który mówił po polsku. Babcia uważała, że był Ukraińcem lub Polakiem. Po kilku minutach dogadali się i zabrali babcię do urzędu pracy. Dali jej tam jeść i pić. Na chwilę wszyscy wyszli i młoda dziewczyna została tam sama. Przyczaiła się i jak mogła najszybciej pobiegła przed siebie. Akurat przejeżdżał pociąg, wskoczyła do niego i pojechała w siną dal.

Dojechała do nieznanego jej dotąd miasta. Okazało się, że jest tam nabór do pracy. Od tamtej pory pracowała w fabryce amunicji. Przebywała tam aż do końca wojny. W 1945 roku wszystkich, którzy przyjeżdżali zza granicy do pracy, wywozili w rodzinne strony. Babcia razem z innymi znajomymi z pracy wyjechała do Polski. Aby tam dojechać, musiała wskoczyć na pociąg pełen węgla kamiennego, bo innego transportu nie było. Na wagonie przespała się i kiedy otworzyła oczy - już była na miejscu. Wysiadła na stacji w Rzeszowie i poszła jak niby nigdy nic do domu. Do rodziny.

             Nie zapomniała drogi, wszystko było tak samo jak przed wojną. Na stacji poznała swojego przyszłego męża. Cały maj była w domu, spotkała się z mamą i z bratem. Codziennie spotykała się również z dziadkiem. Po miesiącu razem postanowili wyjechać. Tak się złożyło, że dojechali do Kłodzka, a od tego miasta to już niedaleka droga do Włodowic. Razem szukali miejsca, w którym mogliby założyć wspólnie rodzinę. Miało tam być ładnie, zacisznie i miało to być miejsce odpowiednie do wychowywanie przyszłych dzieci.  Po czterech latach byli już małżeństwem,  a w następnym roku zostali po raz pierwszy rodzicami.

            Dziś mieszkam w tym samym domu, który wówczas znalazła ta młoda, szukająca swojego miejsca na ziemi dziewczyna. Długą przeszła drogę.


Opracowanie: szkolnastrona.pl