Legenda o Włodowicach

Jesteś tu: » Strona startowa » Sukcesy naszych uczniów » Legenda o Włodowicach

Legenda o Włodowicach

Bogusław Borkowski z klasy I gimnazjum został laureatem szkolnego konkursu na napisanie legendy o Włodowicach.

                                                           Legenda o Włodowicach

 

 

            Ostatnie promienie słońca podające na Leśno chowały się już za górami zwiastując koniec dnia. Zmęczeni trudami prac mieszkańcy wracali do swych chatek wąskimi uliczkami małej osady. Na wieczór zapowiadał się ulewny deszcz. Na niebie zebrały się czarne chmury całkowicie przykrywając ostatni blask księżyca. Osadnicy pochowali się w swych chatkach z obawy przed deszczem, tylko biedni strażnicy pilnujący pustej wsi musieli zostać na zewnątrz w tą zimną i ulewną noc. Nawet targ, który do późnych godziny nocnych służył za miejsce spotkań i zabaw młokosów, odstraszał ludzi swoją pustką.    

            Wartownicy jak co wieczór patrolowali osadę, nie było to trudne zadanie, albowiem Leśno było  małą wioską. Bandyci i przestępcy nie stanowili tu problemu, a ludzie żyli w zgodzie z sąsiadami i nie wszczynali awantur. Eryk Jasnooki, przywódca wsi, był bardzo szanowana osobą, zawsze dbał o dobro swego ludu. Miał on tylko jedno oko - ludziska powiadają, że jak był mały osadę zaatakował wielki niedźwiedź, wszyscy się go bali i nikt nie miał odwagi wyjść mu naprzeciw. Tylko Eryk, wtedy jeszcze młodzik, chwycił za włócznię ojca i w zaciętej walce zabił bestię. Zapłacił za to jednak słoną cenę - stracił prawe oko i jego twarz zdobi dziś ohydna blina, która sięga od kącika ust aż po same czoło. Teraz jest starcem w sędziwym wieku bez żony, z jednym synem.  

            Strażnicy obserwowali zachodnią część wioski,  kiedy nagle jeden z nich zauważył podejrzanego człowieka. Owa postać zataczała się, mamrotała coś pod nosem, ubrana była w czarne poszarpane łachmany. Nagle bezwładnie upadła na twarz, nie okazywała żadnych oznak życia. Strażnicy podeszli do niej i obrócili ją na plecy. Widok  twarzy postaci zszokował strażników: była ona pokryta czerwonymi bąblami i ropiejącymi ranami. Twarz wydawała się być znajoma strażnikom. Rozpoznali w niej  drwala mieszkającego w pobliżu osady. Nagle jego usta zaczęły się poruszać, a z ich wnętrza wydobyło się słowo:

            - Zaraza! – powiedział, po czym umarł.

            Plaga bardzo szybko opanowała tereny wokół wsi. Nie minął dzień, gdy w Leśnie też zaczęły pojawiać się osoby zarażone. Uliczki całkiem opustoszały.  W wiosce panował strach.  Rynek przypominało pustkowie, ani żywej duszy. Zdrowi ludzie siedzieli w domach w trosce o własne zdrowie, a chorzy byli trzymani w szpitalu, żeby nie zarażali innych. Próbowano wielu sposobów na pozbycie się zarazy, nie pomogły zioła ani nawet upuszczanie krwi.            

            Tylko jeden człowiek mógł pomóc osadzie - był to Bogumił, nietani najemnik, który nie lękał się absolutnie niczego. Po całej krainie krążyły legendy o jego czynach i o jego mieczu Karze. Plotki mówią, że ów miecz wykonany został przez legendarnego kowala Lyriusa, mieszkającego w Zapomnianych Górach na końcu świata. Rzemieślnik miał wykonać ostrze z kawałku meteorytu, który ongiś spadł na ziemię robiąc dół na czterdzieści łokci. Ci, którzy widzieli jak najemnik włada mieczem, mówią: „głowica Kary płonie w rękach Bogumiła”, lecz to tylko bajdurzenia starców. Eryk wiedział, że będzie musiał otworzyć ubogi skarbiec przed najemnikiem, liczył jednak, że dojdzie do porozumienia w mniej kosztowny sposób. Dobry władca  napisał list do najemnika z prośbą o pomoc, zawarł w nim obietnice hojnej zapłaty i wiecznej sławy jako bohater Leśna. Z zadaniem dostarczenia listu został wysłany sam syn Jasnookiego, Edward. Edward nie był uradowany  faktem, że jego ojciec chce korzystać z usług Bogumiła. Mimo wszystkich swoich legend chłopak uważał najemnika za chciwego i impulsywnego. Syn usłuchał jednak rozkazu ojca i niechętnie ruszył w roli posłańca do Nowego Boru, miasta na granicy Starego Lasu i Śnieżnych Szczytów, gdzie mieszkał Bogumił.

            Minęły cztery dni i cztery noce, kiedy do Leśna przybył najemnik. Pewnym krokiem kroczył przez puste uliczki osady. Na ustach miał chustkę, jego korpus zdobił pancerz z łuski Hydry pochodzącej z Jeziora Tysiąca Łez, plecy zdobiła peleryna ze skóry białego lwa południa. U prawego boku Bogumiła wisiała dumnie zawieszona Kara. Najemnik był średniego wzrostu, miał dobrze zbudowane ramiona, barki oraz masywny kark. Jego głowę pokrywały długie kruczoczarne włosy związane w krótki kucyk. Twarz, choć młoda, kryła wiele cierpień i trudów najemnika. Kiedy był młody, został sierotą; jego rodzinną wioskę zaatakowali dzicy z zachodu - zabili wszystkich, w tym jego rodziców, albowiem taki mieli barbarzyński zwyczaj nawracania niewiernych na ich boga. Bogumił przetrwał schowany przez swą rodzicielkę  w wiklinowym koszu. Potem znalazł go przywódcza najemników Wiktor Krwawy, który przyjął go do swej kasty i traktował go jak własnego syna. Ćwiczył i trenował długie lata pod czujnym okiem swego mistrza, aż w końcu był gotów ruszyć w świat i stawić czoło trudom życia.

            Drewniany dwupiętrowy dom prawie się walił, miał pełno dziur w dachu i wybite okna. Była to jednak zastępcza „twierdza” władzy albowiem w prawdziwym zamku był szpital. Bogumił podszedł do drewnianych drzwi i zastukał trzy razy drewnianą kołatką rzeźbioną na kształt głowy smoka. Nikt nie odpowiedział, najemnik nie miał w zwyczaju czekać, więc wszedł do środka. Pierwsze, co ujrzał Bogumił, to kominek ogrzewający swym ogniem cały dom, a przy nim siedzącego Eryka przykrytego kocem ze skóry niedźwiedzia, którego kiedyś ubił. Edward przez krótką chwilę obserwował Najemnika z balkonu po czym odsunął się bez słowa w cień. W domku panował niemiły zapach, w oddali słychać było kropelki wody z padające do drewnianego wiaderka. Na środku salonu stał ładnie zakryty stół. Obok fotela, na którym siedział Jasnooki, było jeszcze jedno wolne krzesełko. Ściany były pokryte pajęczynami, a obrazy pokrywał szary kurz.

            - O, jesteś już, wejdź proszę, porozmawiamy.

            Bogumił zdjął futro i rzucił je na krzesło.

            - Usiądź - rzekł starzec i przyjrzał się uważnie chustce na jego twarzy. - Po co ci ta chusta, nie chcesz się zarazić?

            - Przezorny zawsze zabezpieczony - odrzekł chłodno. - Po co mnie tu wezwałeś?

            - Jeszcze się nie domyślasz?

            - Zwykły śmiertelnik nie pokona takiej zarazy.

            - A jednak tu jesteś - Eryk uśmiechnął się wrednie. - Jest sposób, daleko na zachód w Zamglonych Szczytach jest źródło zwane Włodzicą. Woda z owego źródła ma ponoć niewyobrażalne właściwości lecznicze.

            - Prosisz o zbyt wiele starcze, jeszcze nikt nie dotarł do źródła. Skoro tak dobrze znasz legendy, wiesz pewnie, że wody pilnuje potężny smok Furius zwany Ognistym.

            - Co to dla walecznego Bogumiła, najzacniejszego z najemników: zabić smoka, zgarnąć chwałę, oraz złoto?

            - Nie, to szaleństwo.

            - Szaleństwem jest to, że codziennie ktoś tu ginie, szaleństwem jest płacz niemowląt i pytanie dzieci, co się stało z ich mamą, szaleństwem jest niemoc starca, który z chęcią oddałby za nich życie, gdyby tylko coś to dało, szaleństwem jest odmowa jedynego człowieka, który mógłby tu coś pomóc! Czy weźmiesz na siebie odpowiedzialność za śmierć tylu osób, Bogumile najemniku? - powiedział z pogardą.

            Wojownik zaniemówił, teraz nie miał wyjścia jego sumienie nie pozwalało mu odejść tak po prostu, musiał podjąć się tego niebezpiecznego zadania.

            - Co mam zrobić? - spytał po chwili.

            Starzec sięgnął do głębokiego rękawa i wyciągnął stary zniszczony zwój.

            - Proszę, oto mapa do źródła, kiedy byłem w twoim wieku odnalazłem ją na jednej z moich wypraw, nikomu o niej nie mówiłem, miałem plan, żeby wyruszyć na przekór niebezpieczeństwom i zdobyć moc, o jakiej nikt nawet nie śnił, ale po powrocie z wyprawy urodził się Edward, później zmarła moja piękna żona i nie miałem czasu na przygody – westchnął. – No, idź już nie marnujmy więcej czasu! Zanim pójdziesz, czy mógłbyś podać starcowi koc?

            Kiedy Bogumił opuścił dom, rozwinął ostrożnie zwój, który ukazał mu tajemniczą mapę. Jego pierwszą przeszkodą miał być Las Płaczących Serc, potem musiał się przeprawić przez Jałowe Pola, które otworzą mu drogę do Zamglonych Szczytów.   

            Pogoda tego dnia była nadzwyczaj ładna. Niebieskie niebo pokrywał tylko biały meszek, a słońce swymi promieniami ogrzewało radośnie twarz najemnika, który cieszył się, że skoro ma ruszyć na w tak daleką podróż, to chociaż nie będzie padać

            Wojownik ruszył przez zachodnią bramę w stronę lasu. Po drodze widział spalone domy i zgliszcza. Zaraza odcisnęła piętno nad okolicami Leśna. Widok wielu zarażonych zmotywował Bogumiła do wykonania zadania.

            Słońce prawie zaszło, kiedy Bogumił dotarł pod las. Kiedy najemnik kroczył leśną ścieżką, słyszał wiele różnorodnych dźwięków: tu sowa odśpiewuje swą pieśń, jelenie biegną w swym stadzie a ich przywódca dumnie unosi głowę chwaląc się majestatycznymi rogami, w leśnej gwarze dało się usłyszeć nawet wycie wilków. Lecz to nie zwierzęta przykuły uwagę człowieka, tylko piękny damski głos, który roznosił się po lesie. Zaciekawiony ruszył w ślad za pieśnią. Słowa stawały się coraz głośniejsze aż w końcu zza krzaków wyłoniła się piękna dziewczyna siedząca na kamieniu tuż nad jeziorem. Światło nocy oświetlało jej białe niczym śnieg włosy,  twarz miała gładką, a oczy lśniły jak buchające ogniki. Ubrana była w pięknie układającą się suknie z białego materiału ze złotymi zdobieniami. Jej głowę zdobiła korona najpiękniejszych kwiatów z całego lasu. Onieśmielony urodą dziewczyny Bogumił zawołał:

            -Witaj!

            Kobieta nie odezwała się, była zajęta splataniem kwiatków w bukiet.

            -Zwą mnie najemnikiem Bogumiłem, a ty jak się zwiesz?- powiedział, po czym podszedł jeszcze bliżej. Zielone niczym szmaragdy oczy podniosły się spod powiek, i spojrzały na najemnika.

            -Ja zwę się królową tego lasu a imię me Maria-rzekła i podała mu rękę, którą ten z gracją ucałował.

            -Rad jestem cię poznać, pani. Skoro to twój las, to czy pozwolisz skromnemu najemnikowi przejść przez jego granice z ważną misją?

            -Z jaką misja?-  zapytała.

            -Daleko na wschód stąd małą osadę Leśno opanowała zaraza. Biedni ludzie potrzebowali pomocy i oto jestem, mam zdobyć moc źródła zwanego Włodzicą i uratować wieś.

            -To brzmi cudownie! Zawsze marzyłam, aby opuścić ten las i udać się na wyprawę daleko w nieznane! Weź mnie ze sobą proszę!

            -Nie wiem, czy to dobry pomysł. Moje przygody są bardzo niebezpieczne.

            -To nic, ty mnie obronisz, widzę u twego boku niesamowite ostrze z meteorytu - na pewno nie jest na pokaz.- Bogumił pomarudził chwilkę, lecz zgodził się pod naporem dziewczyny.

            Tę noc spędził na drewnianej ławie, której użyczyła mu Maria. Wolał spać na twardej ławie pod dachem niż na ziemi na polu. Dom leśnej pani nie był duży. W salonie stał mały okrągły stolik  z miejscem dla trzech osób, który przykrywał śnieżnobiały obrus a na nim stał świecznik. Na lewej ścianie od wejścia stała komoda, nad którą wisiał obraz Marii. Za komodą było wejście do kuchni. Na wprost którego znajdowała się sypialnia dziewczyny. Ława, na której Bogumił spał tej nocy,  była umieszczona po lewej stronie kamiennego kominka.

            Chłopak obudził się o brzasku. Ku jego zdziwieniu Królowa już wstała i pichciła coś w kuchni podśpiewując  pod nosem. Wojownik rozciągał się swobodnie jak co rano i doszedł do wniosku, że nie spał tak dobrze od dawna. Kiedy skończył, do salonu weszła Maria.

            -Witaj, pani.

            -Och daj już spokój z tym „pani”, mów mi porostu Maria!

            -Dobrze- przytaknął.

            -Dziś na śniadanie potrawa z jajek, a jeśli nie lubisz, to chleb z miodem i mlekiem.

            Poranek minął im radośnie na rozmowach, Bogumił opowiadał o szerokim świecie, swoich przygodach, ludziach i dziwach jakie napotkał. Maria mówiła o życiu w lesie, swoich kontaktach z ludźmi i swoich leśnych przygodach. W dalszą podróż wyruszyli po południu po obiedzie, spakowali prowiant i ruszyli.

            Dotychczas najemnik podróżował samotnie, jednak wędrowanie z kimś tak sympatycznym i    miłym jak leśna pani wydawało mu się miłą odmianą. Bogumił chyba zakochał się w zielonookiej piękności.

            Szli kamienną leśną dróżką, aż w końcu ukazały im się pierwsze łany Jałowych Pól. Jałowe Pola są nieskończenie wielkie. Wielu niedoświadczonych wędrowców zaginęło tam bez śladu. Tylko doświadczeni poszukiwacze odnajdą drogę w nieskończonych kresach zbóż. Przemierzali pola tak długo, że nie mieli już tematów do rozmów. Dnie dłużyły im się, a noce były z kolei za krótkie, aby odpocząć. Zapasy też się już prawie skończyły. Brakowało im sił, a słońce paliło niemiłosiernie. Cała nadzieja uleciała już z Bogumiła, kiedy nagle Maria zauważyła na horyzoncie szczyt dachu zrobionego z cegły .

            -Jesteśmy uratowani!- powiedziała i pobiegła co sił w nogach do domku.

            Bogumił zastanawiał się, skąd ta dziewczyna miała tyle sił, on zaprawiony w boju wojownik ledwo co szedł, kiedy on biegła; podziwiał ją za to. Nie zapukała jednak do drzwi, dopóki najemnik nie doszedł do niej, pewnie bała się losowo spotkanego człowieka mieszkającego na odludziu, ktoś taki jak Bogumił widział już wiele i wcale jej się nie dziwił. Leśna pani zapukała mocno otwartą dłonią w drzwi. Po chwili drzwi otworzył farmer. Był chudy jak patyk, miał słomiany kapelusz i długą białą brodę, mimo to wyglądał na bardzo żywotnego i dziarskiego.

            -Witam, witam i o zdrowie pytam- nie czekał na odpowiedź.- Z wami chyba nie za dobrze co? Wyglądacie na zmęczonych i odwodnionych! Zapraszam do środka, dam wam coś do picia.

            Maria z radością przyjęła propozycję staruszka, Bogumił podszedł do niej z dystansem. Rolnik zaprowadził ich do salonu, gdzie posadził przy dużym dębowym stole. Dom był malutki, ale samotny rolnik nie potrzebował większego. Mieszkanko było pełne harmonii. Po chwili przyniósł na tacy dwa drewniane kufle wypełnione napojem. Dziewczyna zaczęła pić łapczywie prosząc o kolejne dolewki, natomiast najemnik z początku nie był pewien co do tego, czy trunek nie jest zatruty, lecz doszedł do wniosku, że jeżeli nie zabije go trucizna, to zrobi to pragnienie, nie miał więc nic do stracenia. „Zabójczy” napój okazał jednak zwykłą czystą wodą.

            -Co sprowadza tu taką parę podróżników?

            -Szukamy źródła zwanego Włodzicą - wyrwała się  Maria

            -Hmm... źródła powiadacie? Powiedzmy, że jestem w posiadaniu informacji, które mogą okazać się niezbędne w waszych poszukiwaniach. Mógłbym się nimi z wami podzielić za drobną przysługę.

            -Mianowicie to jaką?- spytał spokojnie Bogumił.

            -Mam problem z magiem zwanym Wroną, bandyta za pomocą swej przeklętej magii zablokował deszcz nad moim polem.

            -Co mielibyśmy zrobić z tym Wroną?

            -Nie wiem, może nastraszyć go trochę, żeby wreszcie zdjął tą swoją przeklętą barierę!

            -Spokojnie panie rolniku, nie unośmy się tak w towarzystwie damy.-powiedział najemnik, po czym Maria oblała się purpurą.

            -Dobrze, dobrze, ale mówmy sobie po imieniu, zwą mnie Długobrodym.

            -Miło poznać, nazywam się Bogumił, a to jest Maria.- rolnik ucałował rękę pani.

            -Gdzie znajdę owego maga?

            -Sami do niego nie traficie - powiedział Długobrody,  po czym wstał z krzesła. - Chodźcie, szkoda dnia na siedzenie w domu, zaprowadzę was do czarodzieja!

            Długobrody wbrew przekonaniu Bogumiła okazał się miłym i zabawnym jegomościem,  kiedy szli opowiadał przekomiczne żarty, które rozbawiły najemnika i jego towarzyszkę do łez. Rolnikowi zapewne brakowało towarzystwa innych ludzi, teraz Białobrody promieniał radością i energią, lecz wojownika zastanawiało, jak człowiek w tak sędziwym wieku musi się czuć sam na takim odludziu bez żadnych krewnych. Droga prowadząca do twierdzy maga była kręta, zrobiona z niespotykanego kruszcu. Kamień, po którym szli, odbijał w sobie ich sylwetki. Dla Marii było to niezwykłe odkrycie, ale rolnik uważał to za oczywiste, co bardzo zdziwiło Bogumiła. Podróż w dobry towarzystwie upłynęła wszystkim dwa razy szybciej, w mgnieniu oka znaleźli się pod masywnymi grubymi murami wieży maga. 

            Budowla była zbudowana z ognistoczerwonej cegły, wieża nie posiadała za wiele okien, jedyne znajdowały się na ostatni piętrze na, której z pewnością znajdowała się komnata maga. Dach był zrobiony z cennych klejnotów złożonych w dachówki, które odbijały światło południowego słońca na tysiące kolorów. Drzwi do siedziby czarodzieja składały się z grubego dębu.

            -No! Oto jesteśmy.

            -Zaprawdę mag, o który nam opowiadałeś, musi być niezwykle potężny; wieża, którą zamieszkuje, budzi podziw, a z tego co słyszałem o magach z zachodu, to wieża świadczy o potędze mędrca.

            -Tak, to co mówisz jest prawdą, ale proszę cię, słońce już prawie zaszło, a nie mam zamiaru wracać do domu po ciemku, więc nie mitręż więcej i idź uporać się z Wroną!

            Drzwi do domu maga były otwarte, więc Bogumił wszedł bez pytania, czarodziej z pewnością nie spodziewał się gości. Schody prowadzące do pokoju maga były strome oraz kręte. W sali, w której pracował mag, panował harmider i chaos. Na podłodze były rozlane różnorodne mikstury, szafki zdobiły fiolki z magicznymi miksturkami, na suficie wisiała klatka z małpką ubraną w zabawny fartuszek, która zaczęła krzyczeć wniebogłosy zwracając uwagę maga, który kreślił coś przy swoim biurku. Wrona był wysokim, szczupłym mężczyzną z długimi jasnymi włosami sięgającymi mu do ramion. Mimo swego wieku twarz miał młodą, gładką i przystojną. Oczy miał niespotykanego złotego koloru. Ubrany był w długą, czerwono-zieloną szatę.

            -O, widzę, że mam gości! Proszę o wybaczenie jeżeli moja małpka was przestraszył,a nie znosi obcych – powiedział, po czym podszedł do podróżników. - Zwą mnie Wroną, a was?

            -Na imię mi Bogumił.

            -A mnie Maria.

            -Zaiste miło was poznać! Co was sprowadza do mej skromnej wieży, jeśli wolno spytać?

            -Owszem wolno, doszły nas słuchy, że masz zatargi z pewnym rolnikiem - powiedział Bogumił.

            -A więc po to tu jesteście!? – prychnął - Ten prostaczek nasłał was na mnie! Oj, niech ja tylko go dorwę!

            -Spokojnie, na pewno da się to załatwić bez użycia siły - rzekła Maria.

            -Długobrody skarży się na to, że rzekomo zablokowałeś magicznie deszcz nad jego polem, czy to prawda?

            -Może, ale to on zaczął! Ten łajdak ukradł mi mój Kamień Światła, przy pomocy którego prowadziłem bardzo ważne eksperymenty. Założę się, że Długobrody pominął ten fakt, kiedy nasyłał was na mnie!

            Bogumił zdziwił się tym, co przed chwilą usłyszał.

            -Proszę mu powiedzieć, że odblokuję deszcz wtedy, kiedy on odda mi mój klejnot!

            Bogatsi o nowe wiadomości, zeszli z powrotem w dół wieży rozmówić się z rolnikiem. Bogumił miał niezadowoloną minę, po której człek ze wsi odgadł, że coś poszło nie tak.

            -Nie zgodził się!? Wiedziałem, że tak łatwo się podda!

            -Masz nam może coś do powiedzenia?- zapytał spokojnie Najemnik

            -Nie wiem, o co ci chodzi - rolnik udawał głupiego.

            -A ja myślę, że jednak wiesz. Co możesz mi powiedzieć o kamieniu, który ukradłeś magowi?

            -Jest bardzo ładny – rzekł, po czym uśmiechnął się szyderczo.

            Długobrody nawet nie wie, jakie ma szczęście, że w pobliżu znajdowała się Maria, gdyby nie jej obecność Bogumił zapewne złapałby go za kostki i trzymał głową w dół nad pobliską przepaścią.

            -Nie pogrywaj sobie ze mną Długobrody, moja cierpliwość jest na wyczerpaniu, a z pewnością nie chciałbyś poznać smaku mej stali!

            -Nie, ależ oczywiście, że nie, ja jestem gotów oddać ten jego kamyk, ale dopiero kiedy zdejmie barierę, nie wcześniej!

            Najemnik nie miał wyboru, musiał jeszcze raz wejść na wieżę czarodzieja. Myśl utknięcia w jednym punkcie nie dawała spokoju wojownikowi. „Ludzie w wiosce giną, a ja rozwiązuję konflikt pomiędzy rolnikiem a magiem! Czas mnie goni, a ja tkwię na tej przeklętym polu! Wcale się nie zdziwię, jeżeli po tym wszystkim Długobrody oświadczy mi, że nie ma pojęcia, gdzie jest źródło!”

myślał Bogumił.

            -Wróciliście! Macie mój kamień?

            -Nie, Długobrody orzekł nam, że odda twój klejnot tylko wtedy, kiedy ty zdejmiesz barierę.

            -A jaką mam gwarancję, że odda mi Kamień Światła?

            -Obawiam się, że żadną.

            -Otóż to!

            -Proszę cię, o panie magu, udowodnij swą mądrość i ustąp prostaczkowi, zdejmij tę barierę!- powiedziała Maria.

            -Jak głosi przysłowie „mądrzejszy zawsze ustępuje” - powiedział mag, po czym chwycił swoją czarodziejską czapkę z wieszaka i podniósł kostur z podłogi. – Chodźcie, nie każmy dłużej na siebie czekać!

            Zniecierpliwiony Długobrody ucieszył się na widok Bogumiła, aczkolwiek mina zrzedła mu trochę, kiedy ujrzał maga.

            -Widzę, że udało wam się namówić Wronę na zdjęcie bariery.

            -Zgadza się, zdejmę barierę, ale musisz przysiąc na grób swojej matki, że kiedy skończę, oddasz mi kamień!

            -Przysięgam!

            Zgraja ruszyła na tyły wieży gdzie znajdował się ogromny otwarty plac, mag kazał odsunąć się reszcie i przystąpił do rytuału. Czarodziej kreślił na ziemi znaki, wypowiadając pod nosem zaklęcia, kiedy skończył wzniósł się na dwie stopy do góry, odchylił głowę a z jego oczu biły niebieskie promienie w stronę słońca. Po chwili na niebie zapanowały wielkie chmury deszczowe, z których momentalnie zaczął padać gruby, gęsty deszcz. Uradowany farmer chciał wracać do swego przytulnego domku, lecz Wrona nalegał, żeby został i przeczekał ulewę.  Czekali dwa dni i dwie noce dzieląc się miodem i mięsem w domu zacnego Wrony.  Czarodziej w międzyczasie opowiadał o swoich eksperymentach, miał pomysł, żeby wyczarować powóz, do którego rzekomo nie będzie potrzeba koni!

            Wraz z ustaniem deszczu Bogumił zaproponował, żeby wrócić do chatki Długobrodego, pozostali bez słowa sprzeciwu zgodzili się. Pierwszym, co zrobił rolnik po przyjściu do domu, było wyciągnięcie klejnotu z szkatułki trzymanej pod łóżkiem i oddanie jej Wronie, który ładnie podziękował i zaprosił sąsiada na łyk herbaty w wolnym czasie. Człek ze wsi wywiązał się z obietnicy i zdradził Marii i najemnikowi dalszy kierunek ich podróży oraz wręczył klucz, którym mieli otworzyć bramę graniczną.

            Pożegnawszy się z farmerem i czarodziejem wojownik i jego piękna towarzyszka ruszyli prosto na  Zamglone Szczyty. Jak wyruszali, to słońce jeszcze nie obdarzyło świata pierwszymi promieniami. Szli szybkim krokiem, wiedzieli, że każda niepotrzebna zwłoka to pewnie kolejna śmierć jednego z mieszkańców. Zapasów im nie brakowało, albowiem Długobrody podzielił się z nimi swoją wodą i mięsem na znak przyjaźni. Pokonanie do końca Jałowych Pól nie zajęło im zbyt wiele czasu, tuż przed południem znaleźli się  pod wielką bramą i ogromnym murem granicznym.

            Mur rozciągał się setki mil na północ i na południe odgradzając drogę najeźdźcą z zachody. W monstrualnej bramie znajdowały się małe drzwiczki, do których Bogumił posiadał klucz. Szybkim sprawnym ruchem nadgarstka wojownik otworzył przejście i po raz pierwszy w swoim życiu zobaczył Zamglone Szczyty. Były one tak wysokie, że sięgały w głąb białego puchu nieba.

            Najemnik od razu wiedział, że nie prędko znajdą źródło i na pewno nie będzie łatwo się do niego dostać. Maria zdecydowała, że wolałaby ruszyć w góry o brzasku, wymyśliła więc, aby przenocować w opuszczonej strażnicy nieopodal. Bogumił od razu pochwalił dziewczynę za jej tok myślenia i przystał na jej propozycję, Wojownik naznosił trochę suchych patyków na ognisko. Na kolację jedli pieczonego królika, którego dostali od rolnika. Maria spała  głębokim snem, jednak najemnika dręczyły tej nocy koszmary. Śniło mu się spotkanie z Furiusem, ogień smoka i śmierć jego i...Marii.

            Myśl ta nie dawała mu spokoju, wiedział, że musi się wyspać, żeby być w pełni sił na jutrzejszą walkę.

            Wstali o planowanej porze i bez zastanowienia ruszyli dalej wzdłuż ścieżki prowadzącej     w głąb gór. Droga, którą szli, była wyboista i pełna różnorodnych kamieni, w pobliżu nie było widać żadnej roślinności ani śladów zwierząt. Góry cały czas były spowite grubą, gęstą mgłą, stąd ich nazwa. Na końcu trasy znajdowała się wolno stojący kamienny portal, a kiedy się do niego zbliżyli, zza pobliskiego głazu wyłoniła się podejrzana postać.

            -Witam mości pielgrzymów, zapewne zmierzacie do źródła?

            -Zgadza się.

            -Na imię mi Olek i jestem duchowym strażnikiem źródła.

            -Miło cię poznać, na imię mi Maria, a to jest Bogumił.

            -Co  was sprowadza do źródła?

            -Potrzebujemy jego mocy, aby uzdrowić ludzi z Leśna! - rzekła Maria.

            -Zaprawdę szlachetny to cel, lecz moim obowiązkiem jest sprawdzić, czy jesteście godni skorzystania z mocy źródła. Zadam wam trzy zagadki - waszym zadaniem będzie je odgadnąć, inaczej was nie przepuszczę. Możemy zaczynać?

            -Chwileczkę - odezwała się dziewczyna.

            Na stronie porozmawiała z towarzyszem.

            -Ja jestem beznadziejny w zagadkach-oznajmił najemnik.

            -Nic się nie bój, mój Bogumile! W wolnym czasie dużo ćwiczyłam z moim ptasim przyjacielem Albertem, przez lata, które spędziłam samotnie w lesie, nauczyłam się rozumieć mowę ptactwa, jestem mistrzynią w zgadywaniu!

            -Dobrze, zgaduj więc!

            -Panie Olku! Jestem gotowa! Zaczynajmy.

            -A więc pytanie pierwsze: Nie stal to, nie ogień, a rzeźbi w skale, co to jest?

            -Ach, nic prostszego, znam tę zagadkę na pamięć - woda! Odpowiedź to woda!

            -Zgadza się! Pytanie drugie: nie tnie, nie kłuje, a przeszywa na wskroś, co to takiego?

            -Nie tnie... nie kłuje... przeszywa na wskroś... wzrok!

            -Brawo! No cóż, przed tobą ostatnie zadanie: małe, okrągłe, nie połączysz ich wcale a dwie osoby łączą trwale, co mam na myśli?

            -Hmm...czy mógłbyś powtórzyć?

            -Tak, mógłbym: małe okrągłe nie połączysz ich wcale, a dwie osoby łączą trwale.

            -Chwilkę, chwileczkę...mam to na końcu języka...Obrączki!

            -Tak, po stokroć tak, brawo, brawo! Zaiste jesteście godni skorzystania ze źródła! Zapraszam-powiedział i usunął się z drogi.

            Morale drużyny znacznie wzrosło po zwycięstwie Marii w zagadkowym wyzwaniu strażnika, z uśmiechem na ustach podróżnicy ruszyli do jaskini. Ku zdziwieniu najemnika jaskinia była bardzo jasna, wojownik rozejrzał się i zauważył wielką wyrwę w stropie, przez który wpadało światło. Przeszli kawałek, po czym ich oczom ukazał się wielki stary jaszczur. Smok wysoki na trzech rosłych mężów i długi na czterech, ledwo co mieścił się w jaskini. Skórę jego pokrywały krwistoczerwone łuski. Kiedy Furius zauważył Marię oraz Bogumiła, podniósł z ziemi swój wielki najeżony kolcami i rogami łeb.

            -Kto śmie budzić wielkiego Furiusa- rzekł dumnie aczkolwiek smutno gad.

            -Nazywam się Bogumił, a to moja przyjaciółka Maria.

            Maria kątem oka zauważyła ranę, którą smok starał się ukryć łapą

            -Ojejku, ty krwawisz!

            -Tak, jak sami zapewne widzicie upływa ze mnie życie – westchnął. – Odkąd sięgam pamięcią, żyję w tej jaskini pełniąc rolę strażnika, moim zadaniem jest pilnowanie złego demona Krytera, który kiedyś był postrachem ziem zachodnich. Dawni bohaterowie pokonali go i uwięzili w postaci ducha, jako zjawa jest całkowicie niegroźny, lecz co drugą pełnię księżyca odzyskuje swoją dawną postać i próbuje wydostać się stąd, wtedy ja staję mu na drodze i toczymy zacięte walki do pierwszych promieni słońca. Podczas ostatniej walki zadał mi ranę śmiertelną, przed śmiercią uratował mnie wschód słońca oraz moc źródła. Mówiliście, że potrzebujecie mocy Włodzicy, lecz muszę spytać - do czego?

            -Potrzebujemy jej do powstrzymania zarazy w wiosce znajdującej się daleko na wschód stąd. 

            -Z tego co widzę, nie posiadacie za wielkich zbiorników do przetransportowania wody.

            -Tak, to prawda.

            -Pomogę wam i uczynię tak, że nie będziecie potrzebowali transportu wody, jeśli wy zabijecie demona.

            „To uczciwa propozycja” pomyślał Bogumił

            -Dobrze, ale wspominałeś, że demon ukazuje swą prawdziwą postać tylko w co drugą pełnię. Kiedy ona jest?

            -Dzisiaj  -odezwał się donośny chrypliwy głos dochodzący z pieczary nieopodal, z której wyłonił się Kryter

            Ciało demona zdobiła masywna zbroja płytowa, która była pokiereszowana smoczymi pazurami. Na głowie oponenta widniał hełm z rogami zagiętymi ku niebu. Twarz przypominała  trupią, a ręce, choć kościste, dzierżyły masywny topór dwuręczny z obusiecznym ostrzem.

            -Maria, schowaj się! -krzyknął Bogumił, a dziewczyna schowała się w ramionach smoka dumnie leżącego na ziemi-Może być gorąco!- odezwał się najemnik i sięgnął do pochwy po Karę.

            Kryter rozpędził się gwałtownie, nacierając na przeciwnika, który zrobił unik i wyprowadził szybki kontratak. Demon bez problemu odparował cięcie Bogumiła i kopnął go bezlitośnie w brzuch. Wojownik upadł na kolana, po czym przeturlał się w bok. Zjawa była silna, ale wolna, co odpowiadało najemnikowi, który preferował szybki styl walki z wieloma unikami. Kryter nie męczył się szybko i atakował coraz mocniej. Człowiek ciął z góry, lecz demon sparował atak ostrzem swego topora. Siłowali się tak przez chwilę, lecz w końcu Bogumił kopnął agresora w kolano, które wygięło mu się w prawo i opuścił tak szczelną dotąd gardę. Najemnik od razu wykorzystał tę sytuację, przebijając klatkę piersiową przeciwnika.

            Duch uleciał z Krytera, a ciało zmieniło się w proch. Maria biegła uradowana do swego bohatera, kiedy nagle z cienia wyłonił się Edward, syn Eryka Jasnookiego, złapał dziewczynę i przyciągnął mocnym szarpnięciem do siebie, po czym przystawił jej nóż do gardła. Smok zerwał się szybko, lecz podstępny Edward powiedział:

            -Spokojnie, chyba nie chcesz, żeby dziewczynie coś się stało?

            Furius prychnął.

            -Bogumił, broń na podłogę i kopnij ją w moją stronę. - Najemnik usłuchał.- A teraz ręce na głowę i na kolana.

            -Po co to robisz?- spytał i mrugnął porozumiewawczo do Marii.

            -Dla sławy. O tobie krążą legendy, o wielkim najemniku, który ratuje koty, kiedy nie mogą zejść z drzewa-powiedział z pogardą- a ja jakbym się nie starał i tak nikt nigdy mnie nie zapamięta. Pomyślałem, że pora to zmienić! Poczekam, aż zrobisz za mnie całą brudną robotę, a ja zabiję cię i zgarnę całą chwałę.. i może coś jeszcze?

            Bogumił kiwnął głową dając znak Marii, która kopnęła Edwarda. Zaskoczony napastnik zwolnił uścisk, dziewczyna uciekła i kopnęła ostrze. Bogumił sięgnął po Karę, po czym wykonał szybkie cięcie z piruetem. Agresor nawet nie poczuł bólu, ciało upadło bezwładnie na ziemię niczym worek mąki. Dziewczyna podbiegła do najemnika i zaczęła płakać, wojownik uspokajał ją a później obiecał jej, że zawsze już będą razem i nikomu nie da jej skrzywdzić.

            Furius zgodnie ze swą obietnicą przy użyciu starożytnej magii zniszczył ścianę skalną, a z wnętrza góry wylała się woda, która uderzyła z impetem w ziemię, drążąc koryto rzeki w kierunku Leśna. Maria za pomocą doświadczenia nabytego latami praktyk na leśnych zwierzętach opatrzyła rany gada, które błyskawicznie się zabliźniły, wdzięczny smok poniósł Bogumiła i Marię na swych skrzydłach wprost do Leśna. Po drodze dziewczyna podziwiała krajobrazy, zachwycając się pięknem dotąd nieznanych krain. Kiedy lądowali na rynku, nie było już zarazy, a rzeka nazwana Włodzicą dzieliła osadę na dwie części. Osadnicy zaczęli głośno wiwatować na widok Bogumiła i jego świty. Nazajutrz w wiosce odbyło się huczny ślub Najemnika z Marią, na którym honorowym gościem był Furius, cała wieś przybyła na uroczystość, wszystkie domy były przyozdobione białymi stokrotkami. Na weselu panowała wesoła atmosfera, ludzie tańczyli, śmiali się i pili do białego rana. Smok zabawił jeszcze kilka dni w osadzie, po czym pożegnał się ze wszystkimi i odleciał w nieznane.

            Dziesięć lat później zmarł stary Eryk Jasnooki. Wieś potrzebowała nowego władcy więc chłopi wybrali Bogumiła na swego włodarza. Wspólnie z mieszkańcami, dla uczczenia niedawnych wydarzeń oraz pokonania zarazy, zmieniono nazwę osady Leśna na Włodowice. Od tej pory wszystkie zarazy i plagi omijają miejscowość, co przyczyniło się do rozkwitu życia we Włodowicach, a Bogumił i Maria żyli długo i szczęśliwie rządząc sprawiedliwie. 

                 

 

 

 

                                  Koniec

             

                       

Autor: Bogusław Borkowski Kl. IGM.        

             

                   

 

Opracowanie: szkolnastrona.pl